Wojna w Ukrainie dynamicznie zmienia geopolityczne układanki w w wymiarze militarno-gospodarczym. Każdy pocisk spadający na Zaporoże czy Charków odbija się metaforycznym echem w państwach przyległych, ale także w miejscach odległych o tysiące kilometrów – a zatem w bliskiej Warszawie i w odległym Pekinie. Oczywiście, zestawiam te dwie stolice nieprzypadkowo. Paradoksalnie Polska i Chiny, niemające ze sobą zbieżnych elementów cywilizacyjno-politycznych, w odniesieniu do wojny w Ukrainie, mogą mieć całkiem zbieżne interesy. Co jest tym, swego rodzaju, wspólnym mianownikiem?
Dla Polski kluczowe jest jedno: aby Rosja nie odzyskała pozycji bezpośredniego sąsiada Polski. Przez ponad 30 lat po rozpadzie ZSRR Ukraina pełniła rolę bufora. Dzięki temu mogliśmy budować armię i gospodarkę w tempie, które byłoby niemożliwe, gdyby rosyjskie wojska stały kilkadziesiąt kilometrów od Rzeszowa czy Lublina. To właśnie 535 kilometrów ukraińskiej granicy sprawia, że Polska nie jest dziś państwem frontowym. Z niepodległą Ukrainą jedyną granicą z Rosją jest Kaliningrad – eksklawa wciąż groźna, ale odcięta terytorialnie od macierzy.
W tym samym czasie Pekin patrzą na tę wojnę zupełnie inaczej: przez pryzmat własnej pozycji globalnej. Nie nie ma powodu, by kibicować Kremlowi w odbudowie imperium. Silna Rosja byłaby dla Chin konkurentem – w Azji Centralnej, w Arktyce, w gospodarce surowcowej etc. Uzależniona gospodarczo, odcięta od Zachodu Rosja, jest zmuszona kupować chińską elektronikę, maszyny czy technologie. Już dziś ponad 30 procent importu to towary z Państwa Środka – w tym również w wymiarze militarnym. To nie jest relacja równorzędnych partnerów,a układ w którym Federacja Rosyjska pełni rolę junior-partnera wobec ChRL. Dzięki tej sytuacji, Rosja wciąż jest na tyle silna, by odciągać uwagę USA od Pacyfiku, ale na tyle słaba, by nie umacniać się jako konkurencyjne mocarstwo regionalne. Każdy rok wojny pogłębia ten trend. Ekonomicznie i politycznie nasi kaliningradcy sąsiedzi coraz mocniej dryfują w kierunku Pekinu – a to, co traci Zachodzie, musi pozyskiwać w Azji, zwykle na zasadach dyktowanych przez swojego senior-partnera.
Tu pojawia się zaskakująca równoległość interesów: i Polsce, i Chinom w gruncie rzeczy zależy na osłabieniu Rosji. Dla nas oznacza to odsunięcie rosyjskiej armii jak najdalej na wschód. Dla nich jest to możliwość coraz większego uzależniania Federacji Rosyjskiej od siebie – gospodarczo i politycznie. Dla nas kwestią egzystencjalną jest uniknięcie wojny, a oni chcą większej dominacji na półkuli północnej.
Niezwykle ciekawy jest fakt, że różnego rodzaju globalne uwarunkowania mogą kreować właśnie taką nieoczekiwaną równoległość interesów. A można posunąć się jeszcze dalej i dostrzec elementy zbieżne. Tu, w kontekście działań wojennych w Ukrainie, warto przywołać strategiczny dla Pekinu projekt, czyli inicjatywę Pasa i Szlaku. Szacując bardzo ostrożnie, bo sytuacja jest dynamiczna, przez Polskę rocznie przejeżdża ok. 3-4 tysięcy pociągów z chińskimi towarami do Europy Zachodniej. Gdy Warszawa tymczasowo zamknęła granicę z Białorusią, Pekin z niezadowoleniem przyjął fakt, że najważniejsza lądowa nitka Pasa i Szlaku do Europy została zamrożona, a towary trzeba było przekierowywać na statki. Zatem można powiedzieć, że w tym miejscu nasze interesy z Pekinem nie tylko biegną równolegle, ale wręcz się spotykają. Chińczykom zależy, by przez Polskę – jako stabilnego, unijnego i natowskiego członka – płynął sprawny, bezpieczny strumień towarów na Zachód. Nam z kolei opłaca się, by to właśnie Polska, a nie np. porty niemieckie czy korytarze południowe, była główną bramą lądowego handlu Chiny–Europa.
Nowy Jedwabny Szlak ma więc swój bardzo konkretny polski kontekst: terminale, magazyny, miejsca pracy, inwestycje w infrastrukturę. Ale ma też wymiar geopolityczny. Im ważniejsza jest Polska w odniesieniu do chińskiej logistyki, tym droższe – z punktu widzenia Pekinu – byłoby ryzyko, że ten korytarz zostanie sparaliżowany przez konflikt w naszym regionie. To jeszcze jeden powód, dla którego Chiny nie są zainteresowane pełzającą eskalacją wojny aż do granic NATO. Stabilna, przewidywalna Polska jako hub transportowy jest w ich interesie, tak samo jak w naszym jest to, żeby ten ruch przechodził właśnie przez nasz kraj.
Nie oznacza to oczywiście, że Polska i Chiny staną się nagle strategicznymi partnerami – „Znaj proporcjum, mocium Panie”. Ponadto my jesteśmy związani z NATO i Unią Europejską, oni budują alternatywny wobec Zachodu układ sił. Ale geopolityka nie pyta o sympatie czy proporcje. Liczy się tylko to, gdzie faktycznie zbiegają się interesy. Dziś jest tak, że im bardziej Rosja słabnie na Ukrainie, tym bezpieczniejsza jest polska granica, a z kolei – Pekin może trzymać Moskwę w jeszcze mocniejszym ekonomicznym uścisku.
Zatem w tej wielkiej geopolitycznej grze czasem nawet bardzo odlegli i różni gracze mogą – choćby przez chwilę – usiąść po tej samej stronie stołu. Nie zmarnujmy tej okazji i pamiętajmy, że „Chińczyki trzymają się mocno.”






Dodaj komentarz